Bez presji

Czasami, przy okazji tak zwanych “martwych dni”*, warto odpuścić i pożyć trochę bez planu. Generalnie mam awersję do planowania jako takiego, bo to najczęściej mało owocne a zabiera mnóstwo życiowej energii. Życie i tak zawsze przynosi tysiąc pierwszy scenariusz, a najlepiej udają się spontany. Przynajmniej u mnie zawsze tak bywało, więc w końcu przestałam się boksować z tą prawidłowością.

No więc postanowiłam, że dni wolne przeznaczę na to, na co mi będzie przychodzić ochota – tak na bieżąco . Oczywiście po uprzednim wyłączeniu i wyciszeniu wszelkich rozpraszaczy. Cóż zatem zażyczył sobie człowiek we mnie? Zażyczył sobie snu. Mnóstwa snu. I dobrego jedzenia. I wygrzewania w słońcu na balkonie przy książce. A potem znowu snu i tak w kółko. Nie cisnęłam, pozwalałam sobie na totalną nudę, lenistwo, pozostawanie z własnymi myślami sam na sam. Pozwalałam myślom płynąć, przyglądałam się im z boku. Zwłaszcza niepokojom i ich przyczynom. W gruncie rzeczy było to jak bardzo długa medytacja.

Można rzec, że nawet kotu już było za dużo mojej obecności. Zwykle ten czas beztroskiego odpoczynku z Fortuną nie trwa szczególnie długo i wówczas leży cała zadowolona na mnie albo tuż obok i mruczy jak najęta, zagaduje. Gdy ma mnie dosyć (a to następuje dość szybko), totalnie mnie olewa 😉 Tak więc już dziś ciągle siedziała schowana w budce z miną “może jednak zajmij się czymś, idź sobie” 😛

Ale… Na szczęście przychodzi taki moment, że człowieka nawet nudzenie się znudzi. I na przykład wreszcie wyjdzie z domu na spacer w najlepszym towarzystwie. Słońce, ciepło, trochę nas postraszył silny wiatr i kilka kropel deszczu z nagle wypiętrzonej nad nami chmurki. Gdy się uspokoiło, zmiana dekoracji na las. Fajnie mieć obok siebie taką osobę, którą z pełnym przekonaniem można nazwać najlepszą przyjaciółką. Bratnią duszę od ponad 20 lat. Rozmowy z taką osobą są jak balsam dla duszy.

Już koniec kwietnia, a zieleń wciąż w ilości znikomej. Potrzeba deszczu, a u mnie na Śląsku wciąż susza. Wyglądamy chmur deszczowych zatem…

Po takim odpoczynku fizycznym i mentalnym, choć krótkim, z przyjemnością myślę o jutrze, ramach czasowych, zorganizowanych dzięki pracy dniach. Rozlazłość na bok. Jutro normalny dzień 🙂

*Martwym dniem nazywam dzień wolny wynikający ze święta. Wtedy, choć mam wolne, nic nie mogę załatwić, wszędzie cisza i wyludnienie, jakoś tak…”martwo”. Przeciwieństwem martwego dnia jest dla mnie urlop w dzień pracujący – życie normalnie płynie, można coś załatwić, wykonywać bardziej inwazyjne prace, nie przeszkadza się tym nikomu.

3 komentarze Dodaj swoje
  1. Dni świąteczne nie wymagające ode mnie żadnego wysiłku ani pracy należą do rzadkości. Zawsze w tle jednak coś tam trzeba, coś się powinno. Bo życie i tak płynie i popłynie dalej. Ze mną, czy beze mnie.
    Ostatnio też cenię sobie spokojne spędzanie czasu, zanurzenie we własnych myślach, bimbanie sobie między dniem a snem. Chociaż akurat w te dni trochę sobie zajęcia oprócz odpoczynku znalazłam i poświęciłam czas na angielski – ale ta nauka i przypominanie sobie po latach to dla mnie akurat przyjemność, nie traktowana jako praca, tylko jako kolejne zen. Mogłabym szydełkować, a wolę angielski. 🙂
    Oprócz tego luźne spacery, jedzonko itp. Dziś niestety muszę nadrobić jeszcze jedna małe zakupy ciuchowe, bo mi przed świętami w sobotę zbyt szybko sklepy zamknęli, a jutro wyjazd w długą służbową podróż, a nie mam na ten wyjazd dobrych spodni.
    Wolałabym ten zakup zrealizować, kiedy był taki luz, niestety był to i tu dzień martwy, jak Ty to nazywasz.
    Pozdrowienia

    1. No tak, wspominałaś, że chcesz odkurzyć angielski. Sądziłam, że to może też bardziej do pracy, a tu jednak dla przyjemności 🙂
      U mnie ostatnio literatura koniarska na tapecie, więc w sumie też wiedza. W trakcie świąt na balkonie przerabiałam anatomię koni pod metody ich masażu 😉 Wiem, trochę fikuśnie, ale cóż bywa…taka faza 😀 Taki święty spokój nie zdarza mi się często, acz chyba już mi się udało po wieeelu latach przekonać rodzinkę, że ja serio serio – nie obchodzę zgodnie z tradycjami (w sumie Wielkanocy nigdy nie lubiłam nawet gdy jeszcze obchodziłam ;P ).
      Trochę się zgrałyśmy z tymi zakupami – Ty za spodniami w podróż, a ja za spodenkami na siłownię. Jakoś coraz cieplej i w długich legginsach się gotuję.
      Przyjemnej podróży Ci życzę i chusteczką macham 🙂

      1. Do pracy mi się ten angielski oczywiście też przyda, ale skoro szef nie finansuje, tylko ja sama, to priorytetowo traktuję go jako moje hobby i uczę się tego, co mi dusza własna podpowiada.
        A zakupy dobrze mi zrobiły, miałam się w co ubrać na wyjeździe służbowym (targi) i czułam komfort.
        Abym poczuła większy komfort, zamierzam jeszcze znaleźć odpowiednie zajęcia sportowe, może będzie to siłownia, ale nie wykluczam też innych form aktywności, bo u mnie z tymi regularnymi przy moich wyjazdach dość ciężko czasem skorzystać z oferty np. klubów tanecznych czy siłowni, a abonament się płaci, czy się korzysta czy nie. Masaż koni – ciekawa dziedzina. Sama ostatnio poddałam się masażowi, szkoda, że robię to tak rzadko, ale znów mi czasu na to nie wystarcza… Pracuję nad tym, żeby polepszyć formę ogólnie – we wszystkich dziedzinach. Ale bez przymusu, chociaż czasem mi się budzi wewnętrzny diabełek i chciałby ukłuć widełkami w dup…ę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *